To był kompleksowy remont mieszkania w kamienicy przy 11 Listopada: sześć pomieszczeń, cała instalacja elektryczna od rozdzielnicy, nowe podłogi, kuchnia i dwie mokre strefy zrobione od zera. Już na etapie wyceny wybraliśmy wariant, który sami nazywamy „rwiemy wszystko”, z zerwaniem płytek podłogowych włącznie. W kamienicy z takim metrykiem nie ma sensu ratować warstw, które i tak trzeba ruszyć przy prowadzeniu instalacji: taniej i uczciwiej jest policzyć od razu pełne skucie, niż dokładać po drodze.
Zacznijmy od wejścia. Po lewej przedpokój w trakcie prac, z wiązkami nowych przewodów wychodzącymi z bruzd i starym WC widocznym przez otwór po lewej stronie. Po prawej to samo miejsce po zakończeniu, z zabudową wpuszczoną nad drzwiami. Przesuń suwak.

Zabudowa nad drzwiami wejściowymi to rzecz, którą w kamienicy warto rozważyć zawsze, kiedy wysokość na to pozwala. Przedpokój ma tu niecałe dwa metry szerokości, więc każda szafa stojąca na podłodze zjadłaby przejście. Nad drzwiami jest miejsce, którego i tak nikt nie używa.
Tynk, który schodził trzy razy
Największą niespodzianką w tym remoncie nie była żadna z rzeczy zaplanowanych, tylko tynk. Pierwszy odparzony fragment poszedł w kuchni i w korytarzu. Sprawdza się to prosto: opukuje się ścianę, a tam gdzie dźwięk jest głuchy, tynk odszedł już od muru i trzyma się wyłącznie siłą przyzwyczajenia. Taki fragment trzeba zbić do cegły i wykonać od nowa, bo pod gładzią i farbą pęknie i tak, tylko później i drożej.
Na tym się nie skończyło. Po kuchni i korytarzu doszło kolejne 53,5 metra kwadratowego, a przed świętami zszedł cały gabinet, następne 56 metrów. Trzy tury, w każdej ten sam wniosek: ściana, która wyglądała na zdrową, przy opukaniu okazywała się pusta w środku.
Każdą z tych tur rozliczyliśmy osobnym aneksem, podpisanym zanim ekipa ruszyła dalej. To jedyny sposób, żeby taka niespodzianka nie zamieniła się w kłótnię przy odbiorze: inwestor wie, ile metrów doszło i za co płaci, zanim powstanie faktura, a nie po fakcie. Odparzony tynk jest zresztą uczciwym przykładem tego, czego nie da się wycenić z wizji lokalnej. Widać go dopiero wtedy, kiedy ktoś przejdzie młotkiem po wszystkich ścianach, a to robi się już po podpisaniu umowy.

Elektryka od zera
Instalacja elektryczna poszła w całości nowa, z nową rozdzielnicą. Osobne obwody dostały nie tylko pomieszczenia, ale i konkretne odbiorniki: pralka z suszarką, lodówka, piekarnik, gniazda kuchenne i promiennik w łazience. W mieszkaniu, w którym pralka i piekarnik wiszą na tym samym obwodzie co oświetlenie, wybicie bezpiecznika jest kwestią czasu i zbiegu okoliczności.
Opis obwodów zostawiliśmy przyklejony nad rozdzielnicą, spisany ręcznie. To nie jest docelowa estetyka, tylko rzecz praktyczna: pierwszy elektryk, który przyjdzie tu za pięć lat, nie będzie musiał zgadywać, co jest czym, ani prześwietlać ścian.

Przy okazji instalacji trzeba było przenieść dwa grzejniki. Tutaj nie dało się użyć zamrażarki do rur, bo instalacja jest z tworzywa, a mrozi się skutecznie tylko rurę metalową. Została więc droga dłuższa: spuszczenie wody z pionu, przepięcie grzejników i napełnienie instalacji z powrotem. Warto to wiedzieć przed remontem, bo termin takich prac trzeba uzgodnić z administracją budynku, a nie z samą ekipą.
Kuchnia
Kuchnia stanęła na granatowych frontach w stylu shaker, z częścią górnych szafek przeszklonych, dębowym blatem i dębową ramą spinającą zabudowę pod sufitem. Nad blatem poszedł gładki biały panel, łatwy do przetarcia, a cały wzór zszedł na podłogę: płytka patchworkowa w stonowanych kolorach, wpuszczona w spokojną płytkę o wyglądzie kamienia. Odwrotnie niż zwykle, bo to podłoga robi tu za mocny akcent, a ściana schodzi na drugi plan.

Płyta jest gazowa, piekarnik elektryczny na własnym obwodzie, a zabudowa wysoka mieści piekarnik z mikrofalówką w słupku. Meble i sprzęt zamawiał inwestor, więc datę montażu ustalaliśmy z wyprzedzeniem i z zapasem na obsuwę. To jeden z tych punktów, w których kompleksowy remont potrafi stanąć na tydzień: kuchnia przyjeżdża w umówiony dzień niezależnie od tego, czy ściany są gotowe, a ekipa montażowa nie czeka.
Dwie mokre strefy
W mieszkaniu są dwa osobne pomieszczenia sanitarne: łazienka z prysznicem i wydzielone WC. Oba zbiliśmy do gołego muru, oba dostały tę samą wielkoformatową płytkę o metalicznym, mocno zdobionym rysunku, zestawioną ze spokojną płytką w kolorze szarego kamienia.
Najpierw łazienka. Po lewej ściany zbite do cegły, z odsłoniętym przewodem wentylacyjnym i nowymi rurami przy podłodze. Po prawej to samo pomieszczenie wykończone.

Prysznic jest bez brodzika, z odpływem liniowym i szklaną ścianką, a we wnęce wymurowaliśmy półkę wykończoną tą samą płytką, żeby nie doklejać niczego do gotowej ściany. Armatura i odpływ w czerni, celowo kontrastowo wobec rysunku płytki. Umywalka jest nablatowa, czarna, postawiona na drewnianym blacie, który razem z lustrem w czarnej ramie jest jedynym ciepłym elementem w tym pomieszczeniu.
Drugie pomieszczenie to wydzielone WC, wąskie i wysokie, jakich w kamienicach jest najwięcej. Po lewej stan zastany: stary kompakt, ściany zbite do cegły, pion biegnący przez całą wysokość. Po prawej to samo miejsce po wykończeniu.

Kompakt ustąpił miejsca miskom wiszącym na stelażu, ze spłuczką podtynkową i czarnym przyciskiem. Przy takim metrażu to nie jest decyzja estetyczna, tylko praktyczna: bez nogi stojącej na podłodze całą posadzkę da się umyć jednym ruchem, a wąskie pomieszczenie robi się optycznie głębsze. Pion, który wcześniej biegł po wierzchu, schował się w obudowie wykończonej tą samą płytką co ściany.
Mieszkanie ma dziś nową elektrykę z opisaną rozdzielnicą, tynki położone od nowa tam, gdzie stare nie trzymały się muru, i sześć pomieszczeń skończonych po kolei. Z rzeczy, których nie widać po odbiorze, najwięcej pracy pochłonęła ta, której nie było w pierwotnej wycenie.
Więcej z tej realizacji








Dodaj komentarz